Instytut Przemiany Czasu w Przestrzeń

Henryk Waniek

Kto nie wierzy w koniec świata, niech tam pojedzie i zobaczy. Niech przekona się na własne oczy, że możliwe jest zniszczenie - cywilizacyjny i duchowy upadek świata. Zniknięcie ludzi. Rozpad ich domostw, urządzeń i porządków. Niech się przekona, że martwy las nie jest baśnią z kręgu Graala i że nie T. S. Eliot wymyślił Ziemię Jałową. I niech zobaczy przy okazji, jak wygląda świat po swoim końcu.

Dojechać tam można różnie. Pociągiem do Jeleniej Góry. Autobusem do Szklarskiej Poręby. Jeszcze raz autobusem do Świeradowa, skąd również autobusem, przez Czerniawę i Pobiedną, na samo miejsce. Do Wolimierza. Koniec Świata jest tutaj.Właśnie tu miał miejsce w swej kulminacyjnej chwili.

Nie udawałem się tam po raz pierwszy ani, mam nadzieję, ostatni. Ale w pewnym sensie, nigdy wcześniej tak wyraźnie tego nie widziałem. Tych domów, których już nie ma, gospodarstw, fabryczek i fabryk, pociągów międzynarodowych (bo stacja graniczna niegdyś na trasie Berlin-Wiedeń). Kiepska pogoda podkreślała to jeszcze. Ani żywej duszy. Gdzieś miał tu być Sławek Gołaszewski, lecz nigdzie go nie ma. Ani tu. Ani tam.

Ale chwila za chwilą, krok po kroku zacząłem dostrzegać coraz wyraźniej, że gdzie powinna być otchłań i ciemność, jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa niezniszczalna natura istnienia. Nie oglądając się na ludzi, sama rekonstruuje swój świat. Żywo i gwałtownie. Jak pies, który się urwał z łańcucha. Resztki tego, co zostało po dawnych ludziach, wystają jeszcze ponad powierzchnię zniszczenia, choć to tylko nikłe ułamki. Blade wspomnienie przebrzmiałej całości. Tablice grobowcowe z XVIII wieku na miejscowym cmentarzu. Ostatnie gospodarstwa. Asfalt starty na pył. Stacja kolejowa bez śladu torów.

Budynek stacyjny obiecano niegdyś młodym aktorom wrocławskim, aby się stał siedzibą ich teatru. Nazywa się Klinika Lalek i chciałby łączyć teatr aktorski z lalkowym, profesjonalny z ludowym, uliczny z oficjalnym, i tak dalej. Równocześnie chce tu być galeria i ośrodek ekologicznej edukacji. Obietnicę tę miętoszą biurokraci i legiści nie rozumiejący, że dawno już należało zrobić komuś prezent z tej stacji bez torów, gdzieś na końcu świata. W Wolmierzu.

Wiktor i Jemiołka Wiktorczykowie są twórcami Kliniki Lalek - jej zrębem zawodowym, wspieranym przez wąskie grono wiernych i rzesze przelotnych współpracowników. W kategoriach alternatywnego etnoteatru Klinika Lalek musiałaby się znaleźć obok innych, które wybrały na siedzibę miejsca peryferyjne - Węgajty, Gardzienice, Kino - teatr, Wierszalin. Ale takie równanie nie byłoby fair. Bo gdy tamte znane są dobrze jako grupy gwiazdorskie, otrzaskane ze wszystkimi możliwymi festiwalami, konkursami i przeglądami, obsypane dyplomami uznania aż po dziurki w nosie, zagłaskane na śmierć przez egzaltowanych - docentów teatrologii, ta Klinika Lalek od tej strony jest znana nielicznym. Choć przecież nic w ogóle nie znana. Może gdyby z Wolimierza było bliżej do Warszawy, lub choćby Wrocławia, mielibyśmy ich na co dzień od libitum. Ale stąd, z tego końca świata, bliżej jest do Pragi i Berlina, nie mówiąc o reszcie Europy.

Nie dlatego wybrali to miejsce, że im chodziło o tę zagranicę, gdzie przecież nie brak teatrów tego rodzaju. Ale tak się składa, że widzowie Berlina widzą spektakle wolimierskie kilka razy w roku, podczas gdy w Warszawie zdarzyło się to tylko kilkakrotnie. Może się mylę, ale chyba nie bardzo. I wreszcie, prędzej tam, za granicą, niż tutaj spotkają bratnie dusze w teatralnym ryzykanctwie i poszukiwaniach. A wybrali Wolimierz chyba po to, by zdystansować się od terroru wielkich środowisk teatralnych. Lecz przede wszystkim wybrali koniec świata. A więc trud, niepewność i mozół. To zupełnie oczywiste, choć dla bywalców supermar­ketów nie całkiem zrozumiałe.

Determinacja Kliniki Lalek, za pomyślność której mogę tylko zaciskać kciuki, oparła się o to piękne pustkowie z nadzieją na spokój w zagmatwanych latach osiemdziesiątych. A nie znalazłszy go, nie cofnęła się i została przy swoim.

W międzyczasie teatr obrósł satelitarnymi instytucjami, które noszą nazwy zapierające dech. Fundacja na Rzecz Wspierania Kultur Alternatywnych i Ekologicznych. To jeszcze brzmi prozaicznie. Ale następne: Instytut Przemiany Czasu w Przestrzeń, oraz Międzyplanetarne Królestwo Sztuki prowokująco wychodzą poza trywialność nazw.

Łączy mnie z Wolimierzem sympatia nieokreślonego pochodzenia. Więc, choć tak trudno o chwilę czasu, przyjąłem zaproszenie na serię warsztatów zorganizowanych tam przy pomocy REC (The Regional Environmental Center for Central and Eastern Europe) dla licealistów z okolicznych miast. Warsztaty jak warsztaty, ale spotkanie z innym światem jest zawsze ciekawe. Nie tylko tam nauczaliśmy, ale i sami niejednego nauczyliśmy się od licealistów i studentów z Lubania Śląskiego.

Do Wolimierza dojeżdżałem w popołudniowym deszczu, wśród sobotniego pustkowia, z uciskiem w piersiach, że oto docieram do końca świata, na ostatniej krawędzi gromada natchnionych uparciuchów balansuje mądrze, dowcipnie i twórczo.

Chmury się rozstąpiły i tak trwało przez trzy dni. Już drugiego dnia okazało się, że z Wolimierza jest bliżej do sąsiedniego miasteczka czeskiego (gdzie robi się zakupy - taniej!) niż do najbliższego polskiego. I tak przypadkiem odkryłem, że zaraz za końcem świata znajdują się Czechy. Niewątpliwa Europa.